Neil Postman

Zabawić się na śmierć

Przysyłaj swoje teksty!

Rozdział 5

Świat zabawy w chowanego

Około połowy XIX wieku pojawiły się jednocześnie dwie idee, których zbieżność dostarczyła dwudziesto wiecznej Ameryce nową metaforę społecznego dyskursu. Ich partnerstwo zmiażdżyło Epokę Opisu, a położyło fundamenty pod Epokę Show-Businessu. Jedna z tych idei była zupełnie nowa, druga zaś stara niczym ścienne malowidła w jaskini Altamira. I tą starą ideą zajmiemy się niebawem. Idea nowa głosiła, że przenoszenie i komunikowanie się mogą być od siebie oddzielone, iż przestrzeń nie jest nieuniknionym ograniczeniem przepływu informacji.

Amerykanie XIX wieku byli wielce zatroskani problemem "podboju" przestrzeni. Do połowy XIX wieku pogranicze dotarło do Oceanu Spokojnego. Linie kolejowe, których budowę rozpoczęto w latach 30 XIX wieku, miały już swoich pierwszych klientów, oferując usługę przewozu przez cały kontynent. Jednak aż do lat czterdziestych informacja mogła przemieszczać się tylko z szybkością pociągu, a ściśle - zaledwie pięćdziesiąt sześć kilometrów na godzinę. W obliczu takiego ograniczenia rozwój Ameryki jako narodowej wspólnoty był opóźniony. W latach 40 XIX wieku Ameryka była wciąż jeszcze składanką regionów, z których każdy miał swój własny sposób prowadzenia konwersacji i kierował się własnymi interesami. Porozumienie w skali kontynentu nie było jeszcze możliwe.

Rozwiązania tych problemów, o czym wie każde dziecko w szkole, dostarczyła elektryczność. Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że to właśnie Amerykanin odkrył praktyczny sposób wprzęgnięcia elektryczności w służbę komunikowania się, rozwiązując tym samym raz na zawsze problem przestrzeni. Mam tu na myśli oczywiście Samuela Finleya Breese'a Morse'a, pierwszego prawdziwego amerykańskiego "kosmonautę". Jego telegraf wymazał granice stanowe, zniwelował regiony, a pokrywając kontynent informacyjną siatką, stworzył możliwość ujednolicenia amerykańskiego dyskursu.

Koszt tego był jednak niemały. Wynalezienie telegrafu sprawiło bowiem coś, czego nie przewidział Morse, kiedy zapowiadał, że dzięki jego wynalazkowi "wszyscy staną się mieszkańcami jednej okolicy". Telegraf zburzył panującą dotychczas definicję informacji, co z kolei nadało nowe znaczenie społecznemu dyskursowi. Wśród niewielu, którzy zrozumieli te skutki, był Henry David Thoreau. W Walden zauważył on, że

"bardzo nam spieszno skonstruować telegraf magnetyczny z Maine do Teksasu, może atoli Maine i Teksas nie mają sobie nic ważnego do przekazania. [...] Pragniemy przekopać tunel pod Atlantykiem i przy bliżyć Stary Świat do Nowego o kilka tygodni podróży, niewykluczone jednak, że pierwsza wiadomość, która dotrze do wielkiego złaknionego nowin amerykańskiego ucha, będzie dotyczyła kokluszu księżniczki Adelajdy". 1

Jak się okazało, Thoreau miał całkowitą rację. Pojął, że telegraf stworzy swoją własną definicję dyskursu; że nie tylko umożliwi, ale będzie wręcz wymuszał rozmowę między Maine a Teksasem; oraz że będzie żądał innych treści tej rozmowy niż te, do których przywykł człowiek epoki typografii.

Telegraf przypuścił trzykierunkowy atak na typograficzną definicję dyskursu, wprowadzając na ogromną skalę nierelewancję, nieudolność i chaos. Te demony dyskursu zrodził fakt, że telegraf w pewien sposób uprawomocnił ideę informacji wyrwanej z kontekstu; to znaczy ideę, że wartość informacji nie musi być łączona z jakąkolwiek funkcją, której mogłaby służyć w społecznym i politycznym procesie podejmowania decyzji czy działaniu, ale może się wiązać wyłącznie z jej nowością, ewentualnym zainteresowaniem i kuriozalnością. Telegraf przekształcił informację w towar, "rzecz", którą można kupić i sprzedać, niezależnie od jej użyteczności czy znaczenia.

Ale nie było to wyłącznie jego dziełem. Zdolność telegrafu do przekształcenia informacji w towar mogła by nigdy nie zostać zrealizowana, gdyby nie jego współdziałanie z prasą. Jednocentowa gazeta, jaka pojawiła się na krótko przed telegrafem, w latach 30 XIX wieku, zapoczątkowała już proces wynoszenia wiadomości nie relewantnej do statusu informacji. Takie gazety jak "New York Sun" Benjamina Daya i "New York Herald" Jamesa Bennetta odwróciły się od tradycji informacji jako rozumnej (jeśli nawet tendencyjnej) politycznej opinii i pilnej wiadomości handlowej, by zapełniać swe strony zdarzeniami sensacyjnymi, najczęściej wiążącymi się z seksem i zbrodnią. Co prawda takie "wiadomości z kręgu spraw ludzkich" odgrywały znikomą rolę w kształtowaniu decyzji i działań czytelników, miały w końcu zasięg lokalny - dotyczyły miejsc i ludzi znanych im z własnego doświadczenia - i nie zawsze były umiejscowione w konkretnym czasie. Opowieści z kręgu spraw ludzkich zamieszczane w jednocentowej Prasie charakteryzowała jakość ponadczasowa; ich siła przyciągania polegała nie tyle na ich aktualności, ile na ich transcendencji. Nie wszystkie też gazety zajmowały się takimi treściami. Przeważająca ich część dostarczała informacji nie tylko lokalnych, ale wielce praktycznych - związanych z problemami i decyzjami, z którymi czytelnicy musieli się borykać, chcąc sobie poradzić ze sprawami osobistymi lub dotyczącymi ich wspólnoty.

Telegraf wszystko to zmienił i to ze zdumiewającą szybkością. W ciągu kilku miesięcy od pierwszego publicznego pokazu Morse'a wszystko to, co lokalne i ponadczasowe, utraciło swe główne miejsce w gazetach, zaćmione przez szok dystansu i szybkości. W istocie do pierwszego znanego użycia telegrafu doszło nazajutrz po historycznej demonstracji jego funkcjonowania, urządzonej przez Morse'a. Korzystając z tej samej linii Waszyngton-Baltimore, którą zbudował Morse, "Baltimore Patriot", przekazał swym czytelnikom wiadomość o podjętym przez Izbę Reprezentantów działaniu w kwestii Oregonu. Gazeta swą relację zakończyła słowami:

"[...] mamy więc możliwość dostarczenia naszym czytelnikom informacji z Waszyngtonu do godziny drugiej. Jest to zaiste unicestwienie przestrzeni". 2

Przez krótki czas kłopoty praktyczne (niedostatek linii telegraficznych) do pewnego stopnia chroniły jeszcze starą definicję wiadomości jako informacji funkcjonalnej. Jednak ci spośród krajowych wydawców, którzy byli obdarzeni zdolnością przewidywania, rychło zrozumieli, gdzie leży przyszłość, i zaangażowali wszystkie swe środki do oplatania całego kontynentu drutem telegraficznym. William Swain, właściciel "Philadelphia Public Ledger", nie tylko potężnie zainwestował w Magnetic Telegraph Company, pierwszą komercyjną spółkę telegraficzną, ale w 1850 roku został jej prezesem.

Niewiele czasu musiało upłynąć, aby powodzenie gazet zaczęło zależeć nie od jakości czy pożytku płynącego z dostarczanych przez nie wiadomości, ale od tego, jak jest ich dużo oraz z jakiej odległości i z jaką szybkością zostały przesłane. James Bennett z "New York Herald" chwalił się, że w pierwszym tygodniu 1848 roku jego gazeta zamieściła 79 tysięcy słów składających się na telegraficzne treści 3 - nie wspomina jednak, jak istotne były one dla czytelników. Zaledwie cztery lata po otwarciu przez Morse'a, 24 maja 1844 roku, pierwszej ogólnokrajowej linii telegraficznej powstała Associated Press i wiadomości znikąd, nieadresowane do nikogo konkretnego, zaczęły się krzyżować na obszarze całego kraju. Wojny, zbrodnie, katastrofy, pożary, powodzie - informacje pod względem społecznym i politycznym na poziomie kokluszowego kaszlu księżniczki Adelajdy - zaczęły się składać na to, co ludzie nazwali wiadomością dnia.

Zgodnie z założeniem Thoreau telegraf zmienił relewantność w jej przeciwieństwo. Obfitość przepływających informacji miała bardzo niewiele albo zgoła nic wspólnego z tymi, do których była kierowana; to znaczy, z jakimkolwiek intelektualnym kontekstem, w którym osadzone było ich życie. Jako metafora pozbawionego kontekstu środowiska informacyjnego może posłużyć słynny wers Coleridge'a o nadmiarze wody bez możliwości wypicia choćby jej kropli. Morze informacji kryje w sobie tylko maleńką użyteczną cząstkę. Człowiek z Maine mógł prowadzić rozmowę z człowiekiem z Teksasu, ale o niczym takim, o czym by którykolwiek z nich wiedział albo czym by się specjalnie interesował. Telegraf może i sprawił, że zamieszkaliśmy wszyscy "w jednej okolicy", ale w okolicy szczególnej, zaludnionej przez obcych, których wiedza ograniczała się do najbardziej powierzchownych faktów o życiu innych.

Ponieważ obecnie mieszkamy w takiej właśnie okolicy (nazywanej dziś czasem "globalną wioską"), możemy uchwycić sens określenia "informacja pozbawiona kontekstu", jeśli zadamy sobie pytanie: jak często się zdarza, że informacja, którą słyszymy rano z radia lub telewizji, czy znajdujemy na łamach porannej prasy, skłania nas do zmiany naszych planów na ten dzień albo do podjęcia jakiegoś działania, którego byśmy inaczej nie podjęli; albo umożliwia wniknięcie w istotę problemu, którego rozwiązanie zostało nam powierzone? Dla większości z nas podobne konsekwencje może mieć czasem prognoza pogody; dla inwestorów - wiadomości z giełdy; może podziała w ten sposób jakaś sporadyczna informacja o popełnionej zbrodni, jeśli przypadkiem przestępstwo to wydarzyło się gdzieś w pobliżu miejsca naszego zamieszkania lub była w nie zamieszana znajoma nam osoba. Jednak większość naszych codziennych wiadomości jest obojętna, zawierając informacje, które mogą stanowić temat do rozmowy, ale nie skłaniają do jakiegokolwiek mającego znaczenie działania. Zjawisko to jest głównym dziedzictwem po telegrafie. Wytwarzając obfitość pozbawionej znaczenia, nierelewantnej informacji, w sposób dramatyczny wpłynął on na zmianę tego, co można by nazwać "wskaźnikiem wiadomości stymulującej działanie".

Zarówno w kulturze ustnej, jak i typograficznej źródłem ważności informacji jest możliwość działania. W każdym oczywiście środowisku komunikowania się wejście (to, o czym ktoś jest informowany) zawsze przewyższa wyjście (możliwość podjęcia działania wypływająca z tej informacji). Jednak sytuacja stworzona przez telegraf, następnie zaostrzona jeszcze przez późniejsze technologie, uczyniła relację między informacją a działaniem tyleż abstrakcyjną, ile mało prawdopodobną. Po raz pierwszy w dziejach ludzie stanęli przed problemem informacyjnego przesytu, co także oznacza, że jednocześnie stanęli przed problemem obniżonego społecznego i politycznego potencjału.

Możemy uchwycić sens określenia "informacja po zbawiona kontekstu", zadając sobie serię kolejnych pytań: jakie kroki zamierzamy poczynić, aby zredukować konflikt na Bliskim Wschodzie? Albo wskaźnik inflacji, przestępstw i bezrobocia? Jakie mamy plany w zakresie ochrony środowiska lub zmniejszenia ryzyka wojny jądrowej? Co zamierzamy robić w związku z NATO, OPEC, CIA, działania protekcyjnego oraz potwornego traktowania wyznawców bahaizmu w Ira nie? Pozwolę sobie odpowiedzieć w imieniu nas wszyst kich: nie zamierzamy kiwnąć palcem w tych sprawach. Możemy oczywiście zagłosować na kogoś, kto twierdzi, że ma jakieś plany oraz możliwości działania. To jednak możemy zrobić tylko raz na dwa lub cztery lata, po święcając godzinę, co jest mało satysfakcjonującym środkiem wyrażenia szerokiej gamy swych poglądów. Oddanie głosu jest, można by rzec, przedostatnią ucieczką politycznego impotenta. Ostatnia zaś, oczywiście, to przekazanie swej opinii badaczowi sondażowemu, który jakąś jej wersję dopasuje do spreparowanego pytania, następnie zanurzy w Niagarze podobnych opinii, by przetworzyć je w nic innego niż w kolejną porcję wiadomości. Mamy w ten sposób wielką pętlę niemocy: nowe informacje wydobywają z nas różnorodne opinie, z którymi nie możemy nic więcej zrobić, niż tylko zaoferować je jako kolejne informacje niepotrzebne nam do niczego.

Przed epoką typografii stosunek informacja - działanie był względnie zrównoważony, tak że większość ludzi miała poczucie możliwości kontrolowania niektórych wydarzeń swego życia. O czymkolwiek ludzie wiedzieli, miało to wartość działania. W świecie informacji stworzonym przez telegraf to poczucie siły zatraciło się dokładnie dlatego, że kontekstem dla wiadomości stał się cały świat. Wszystko zaczęło być sprawą wszystkich. Po raz pierwszy otrzymaliśmy informację, która nie odpowiadała na jakiekolwiek zadane przez nas pytanie i która, w każdym razie, nie dopuszczała do prawa repliki.

Możemy więc powiedzieć, że wkład telegrafu w społeczny dyskurs polegał na uszlachetnieniu braku relewantności i poszerzeniu obszaru niemocy. Ale to jeszcze nie wszystko. Telegraf pozbawił społeczny dyskurs spójności. Powołał do istnienia świat rozbitego czasu i rozproszonej uwagi, gdyby użyć wyrażenia Lewisa Mumforda. Główną siłą telegrafu była jego zdolność do przenoszenia informacji, a nie ich zbierania, wyjaśniania czy analizowania. Pod tym względem telegraf stanowił dokładne przeciwieństwo typografii. Książki na przykład były doskonałym pojemnikiem do gromadzenia, spokojnego badania i uporządkowanego analizowania informacji i idei. Czasu wymaga napisanie książki, podobnie jak jej przeczytanie; czas potrzebny jest do przedyskutowania jej treści, czas pozwala osądzić jej zalety łącznie ze sposobem ich przedstawienia. Książka jest próbą nadania myśli ciągłości i włączenia się w wielką rozmowę prowadzoną przez pisarzy minionych epok. Dlatego właśnie cywilizowani ludzie na całym świecie uważają spalenie książki za barbarzyński przejaw antyintelektualizmu. Telegraf natomiast wymaga od nas, abyśmy spalili jej treść. Wartość telegrafu zostaje podważona przez poddanie go próbie trwałości, ciągłości i spójności. Telegraf nadaje się wyłącznie do błyskawicznego wystrzeliwania wiadomości po to tylko, aby każda z nich została niebawem zastąpiona kolejną, bardziej aktualną. Jedne fakty są wciskane przez inne do naszej świadomości, a następnie z niej wypychane przez dalszy ich napór, a wszystko to dzieje się z szybkością, która ani nie pozwala, ani też nie wymaga dokonywania ich oceny.

Telegraf wprowadził rodzaj publicznej konwersacji, prowadzonej w sposób przerażający. Jej język był językiem tytułów - sensacyjny, urywkowy, bezosobowy. Wiadomości przybrały kształt sloganów, odnotowywanych z podnieceniem, a zapominanych z chwilą ich wysłania. Jedna wiadomość nie miała najmniejszego związku z poprzednią ani następną. Każdy "tytuł" trwał samotnie, stanowiąc swój własny kontekst. Odbiorca wiadomości musiał, jeśli potrafił, nadawać jej znaczenie. Nadawca nie miał w tym względzie żadnego obowiązku. Wszystko to sprawiło, że świat opisywany przez telegraf zaczął się jawić jako niemożliwy do pokierowania, a nawet do rozszyfrowania. Forma zadrukowanej strony - wiersz po wierszu, w sposób uporządkowany i ciągły - zaczęła z wolna tracić swój rezonans jako metafora sposobu przyswajania sobie wiedzy i przenikania istoty świata. "Znajomość" faktów nabrała innego znaczenia, ponieważ nie zakładała już czyjegoś rozumienia implikacji, tła czy powiązań. Dyskurs telegraficzny nie dawał ani chwili na przyjęcie historycznej perspektywy, ani też bynajmniej nie faworyzował spojrzenia jakościowego. Dla telegrafu inteligencja polegała na znajomości wielu faktów, a nie na wiedzy o nich.

Tak więc na pełne czci pytanie zadane przez Morse'a w jego pierwszym przekazie telegraficznym: Co jest dziełem Boga? - wraca niepokojąca odpowiedź: okolica zamieszkana przez obcych ludzi i opanowana przez bezsensowne jakości; świat odłamków i braku ciągłości. Bóg oczywiście nie ma z tym nic wspólnego. A jednak mimo całej potęgi telegrafu, gdyby jako metafora dyskursu pozostał on osamotniony, jest bardzo prawdopodobne, że kultura druku oparłaby się jego atakowi; a przynajmniej utrzymałaby się na swych pozycjach. Tak się jednak złożyło, że niemal w tym samym czasie, kiedy Morse nadawał nowe znaczenie informacji, Louis Daguerre przekształcał znaczenie natury; a można by nawet rzec - samej rzeczywistości. Jak Daguerre za uważył w 1838 roku we wzmiance obliczonej na przyciąg nięcie inwestorów:

"Dagerotyp - to nie tylko narzędzie, które pomaga rysować przyrodę... pozwala jej także zwielokrotniać się". 4

Oczywiście, zarówno potrzeba, jak zdolność do tworzenia wizerunku natury zawsze zakładały jej odtwarzanie, takie jej przekształcanie, aby uczynić ją zrozumiałą i podatną na kierowanie. Jest bardzo prawdopodobne, że najwcześniejsze malowidła ścienne w jaskiniach były wyobrażeniami polowania, które się jeszcze nie odbyło, życzeniem, aby natura okazała swą uległość. Innymi słowy, chęć odtwarzania natury to bardzo dawna koncepcja. Daguerre jednak nie takie znaczenie "odtwarzania" miał na myśli. Zamierzał on ogłosić, że fotografia wyposaży każdego w zdolność do kopiowania natury tak często i wszędzie tam, gdzie będziemy mieli na to ochotę. Chciał powiedzieć, że wynalazł pierwszy w świecie instrument do "klonowania", że fotografia miała dawać wizualne świadectwo tego, co prasa drukarska oddawała słowami.

Prawdę powiedziawszy, to dagerotyp wcale nie miał pełnej zdolności osiągania takiego efektu. Dopiero kiedy William Henry Fox Talbot, angielski matematyk i lingwista, opracował proces obróbki negatywu, z którego można było wykonywać dowolną liczbę odbitek pozytywowych, stało się możliwe masowe drukowanie i zamieszczanie zdjęć.5 Nazwę "fotografia" nadał temu procesowi słynny astronom sir John F.W. Herschel. Jest to dziwna nazwa, gdyż dosłownie znaczy "pisanie światłem". Być może intencją Herschla była ironia, ponieważ od początku wiadomo było, że fotografia i pisanie (a w istocie język w każdej formie) nie zamieszkują tego samego świata dyskursu.

Mimo to od chwili, kiedy ten proces został nazwany, weszło w nawyk mówienie o fotografii jako o "języku". Jest to metafora ryzykowna, ponieważ może przysłaniać podstawowe różnice między dwoma sposobami konwersacji. Przede wszystkim więc fotografia jest językiem, który przemawia wyłącznie poprzez szczegóły. Jego słownik obrazów jest ograniczony do konkretnego przedstawienia. W przeciwieństwie do słów i zdań fotografia nie przedstawia nam jakiejś idei czy pojęcia związanych ze światem, wyjąwszy przypadki, kiedy używamy języka jako takiego, aby przeistoczyć obraz w ideę. Sama fotografia nie może sobie radzić z czymś niewidocznym, odległym, wewnętrznym, abstrakcyjnym. Ona nie opowiada "o człowieku", "o drzewie", a po prostu mówi: "człowiek", "drzewo". Nie można wykonać fotografii "natury", w nie większym stopniu - "morza". Możemy sfotografować jedynie jakiś szczególny fragment naszego tu i teraz - skałę na pewnym terenie i w pewnym oświetleniu; falę uchwyconą w jakiejś chwili i ze szczególnego punktu widzenia. I tak jak nie można sfotografować "natury" i "morza", tak o poważniejszych abstrakcjach, takich jak "prawda", "honor", "miłość", "fałsz", nie można rozmawiać w słownictwie z leksykonu obrazów. Ponieważ "pokazywanie czegoś" i "mówienie o czymś" to są dwa bardzo różniące się od siebie procesy. "Obrazy - napisał Gavriel Salomon trzeba rozpoznawać, a słowa należy rozumieć". 6 Rozumie on przez to, że fotografia przedstawia świat jako obiekt, a język pokazuje go jako ideę. Najprostszy nawet akt nazwania jakiejś rzeczy jest aktem myślenia porównaniem jednej rzeczy z innymi, wyborem pewnych wspólnych cech, odrzuceniem różnic i wprowadzeniem kategorii wyobraźni. W naturze nie istnieje taka rzecz jak "człowiek" czy "drzewo". Wszechświat nie oferuje żadnych takich kategorii czy uproszczeń, a tylko nieustanną zmianę i nieskończoną różnorodność. Fotografia odnotowuje i czci szczegóły owej nieskończonej różnorodności. Język czyni je zrozumiałymi.

Fotografii brakuje również elementów składniowych (syntaksy), co pozbawiają zdolności prowadzenia sporu ze światem. Jako obiektywny plasterek czasoprzestrzeni fotografia zaświadcza, że ktoś tam był albo że coś się tam zdarzyło. Jej świadectwo jest niezwykłej wagi, ale nie proponuje żadnej opinii - w rodzaju, że coś tam "powinno być" albo "mogło nie być". Fotografia jest przede wszystkim światem faktu, a nie dyskusji nad faktami czy wnioskami, jakie powinny być na ich podstawie wyciągane. Nie oznacza to jednak, że fotografii brakuje epistemologicznego zabarwienia. Jak zauważyła Susan Sontag, fotografia sugeruje,

"że znamy świat, jeśli akceptujemy taki jego obraz, jaki rejestruje obiektyw aparatu". 7

Ale jak stwierdza dalej, wszelkie zrozumienie zaczyna się od naszego niezaakceptowania świata w postaci, w jakiej się objawia. Język jest oczywiście środkiem, którego używamy do kwestionowania, dyskutowania i brania w krzyżowy ogień pytań wszystkiego, co się ukazuje, co jest na powierzchni. Słowa "prawdziwy" i "fałszywy" pochodzą z wszechświata języka i tylko stamtąd. Kiedy je odniesiemy do fotografii, pytanie "Czy to jest prawdziwe?" znaczy tylko tyle co "Czy jest to odtworzenie rzeczywistego plasterka czasoprzestrzeni?". Jeśli odpowiedź brzmi: "Tak", to nie ma już podstaw do prowadzenia sporu, ponieważ niedorzecznością byłoby kwestionować autentyczną fotografię. Fotografia jako taka nie wyraża jakichkolwiek wątpliwych wniosków, żadnych rozwlekłych, dwuznacznych komentarzy. Nie oferuje jakichkolwiek podważalnych twierdzeń, a zatem jest niepodważalna.

Sposób, w jaki fotografia rejestruje świat, jest również inny niż w wypadku języka. Język ma sens tylko wówczas, gdy jest przedstawiany jako następstwo twierdzeń. Znaczenie zostaje zniekształcone wówczas, gdy słowo lub zdanie jest, jak to nazywamy, wyrwane z kontekstu; kiedy czytelnik lub słuchacz zostaje pozbawiony czegoś, co powiedziano wcześniej i później. Nie istnieje natomiast pojęcie fotografii wyrwanej z kontekstu, ponieważ niczego takiego ona nie potrzebuje. A właściwie to celem fotografii jest oddzielanie obrazów od kontekstu, aby można je było ujrzeć w inny sposób.

"W świecie rządzonym przez obraz fotograficzny - pisze Susan Sontag - wszelkie granice [...] wydają się dowolne. Wszystko da się rozdzielić, przeciąć, odłączyć od czegoś innego: wystarczy odmiennie skadrować obraz". 8

Zwraca uwagę na zdolność fotografii do przedstawiania szczególnego rodzaju rozczłonkowanej rzeczywistości, wyrywania chwil z ich kontekstów i ze stawiania zdarzeń i rzeczy, które nie mają ze sobą żadnego logicznego czy historycznego związku. Podobnie jak telegraf fotografia tworzy na nowo świat jako ciąg idiosynkratycznych zdarzeń. W świecie fotografii nie ma żadnego początku, środka ani końca, tak jak nie zakłada ich istnienia telegraf. Świat jest zatomizowany. Istnieje tylko czas teraźniejszy, który nie ma potrzeby bycia częścią jakiejkolwiek historii, jaka mogłaby być opowiedziana.

Fakt, że obraz i słowo obdarzone są różnymi funkcjami, działają na płaszczyznach abstrakcji i wymagają różnych sposobów reagowania - nie jest dla nikogo stwierdzeniem odkrywczym. Malarstwo jest co najmniej trzy razy starsze od pisma, a rola obrazowania w repertuarze instrumentów środków komunikowania się znajdowała duże zrozumienie w XIX wieku. Nowością w połowie tamtego stulecia było natomiast nagłe i zmasowane wkroczenie fotografii i innych środków ikonograficznych do zasobów symboliki. Daniel Boorstin zjawisko to nazywa w swej pionierskiej książce The Image ("Wizerunek") "graficzną rewolucją". Określeniem tym Boorstin zamierza zwrócić uwagę na bezpardonowy atak na język przypuszczony przez formy mechanicznie odtwarzanego obrazowania, szerzące go się w sposób niekontrolowany w granicach amerykańskiej kultury - fotografii, kopii, plakatów, rysunków, ogłoszeń reklamowych. Słowo "atak" wybrałem tu celowo, aby rozwinąć tezę kryjącą się w Boorstinowskim określeniu "graficzna rewolucja". Nowe obrazowanie, z fotografią na czele, nie odgrywało jedynie roli suplementu w stosunku do języka, ale usiłowało go zastąpić jako nasz dominujący środek do interpretowania, rozumienia i doświadczania rzeczywistości. Chcę tu jednoznacznie wyjaśnić, jakie implikacje zawarł Boorstin w swym określeniu "graficzna rewolucja": nowe, baczniejsze spojrzenie na obraz podważyło tradycyjne definicje informacji, wiadomości i, w znacznym stopniu, samej rzeczywistości. Najpierw w billboardach, plakatach i reklamach, później zaś w takich nastawionych na "nowości" magazynach i dziennikach, jak "Life", "Look", nowojorskie "Daily Mirror" i "Daily News", zdjęcie zepchnęło opis na dalszy plan, a w niektórych przypadkach usunęło całkowicie. Pod koniec XIX wieku reklamodawcy i ludzie prasy odkryli, że obraz jest wart nie tylko tysiąca słów, ale - tam gdzie w grę wchodzi handel - jeszcze więcej. Dla rzesz Amerykanów, aby w coś uwierzyć, trzeba to zobaczyć, a nie przeczytać o tym.

W pewien szczególny sposób fotografia stała się doskonałym dopełnieniem powodzi telegraficznych wieści znikąd, które groziły zatopieniem czytelników w morzu faktów z nieznanych miejsc o obcych ludziach z anonimowymi twarzami. Fotografia bowiem przydawała konkretnej realności obco brzmiącym szczegółom topograficzno-czasowym i kojarzyła twarze z nieznanymi nazwiskami. Stwarzała w ten sposób złudzenie, że "wiadomości" miały związek z czymś znanym z do świadczenia ich odbiorcy. Fotografia tworzyła pozorny kontekst dla "wiadomości dnia". A "wiadomości dnia" tworzyły kontekst dla fotografii.

Znaczenie jednak kontekstu powstałego w wyniku współdziałania fotografii z prasowym tytułem było, rzecz jasna, całkowicie iluzoryczne. Dla lepszego zrozumienia, co mam na myśli, wyobraźmy sobie nieznajomego człowieka, który nas informuje, że illyx jest podgatunkiem jakiejś rośliny robakowatej o wykształconych liściach, kwitnącej co drugi rok na wyspie Aldononjes. A jeśli zdumieni tym wykrzykniemy: "No dobrze, ale jaki to ma związek z czymkolwiek?", to wyobraźmy sobie, że nasz informator odpowie: "Ależ oto fotografia, którą chcę wam pokazać", i wręczy nam zdjęcie podpisane: Illyx na Aldononjes. "Ach tak - możemy wów czas odburknąć - teraz rozumiemy". Rzecz jasna, że fotografia jest kontekstem zdania, z którym się do nas zwrócono, oraz że zdanie dostarcza pewnego rodzaju kontekstu fotografii, a my możemy nawet przez dzień lub dwa pozostawać w przekonaniu, że się czegoś nauczyliśmy. Jeśli jednak zdarzenie to stanowi oderwaną całość, jest pozbawione jakiegokolwiek związku z naszą wcześniejszą wiedzą czy przyszłymi planami; jeśli jest to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie z owym nieznajomym, wówczas pojawienie się kontekstu, spowodowane połączeniem zdania z obrazem, jest iluzją, tak jak iluzją jest nasze poczucie, że wiąże się z tym jakieś znaczenie. W rzeczywistości nie "nauczyliśmy" się niczego (może tylko tego, by unikać obcych z fotografiami w ręku), a illyx zblednie w pokładach naszego umysłu, jak gdyby go tam nigdy nie było. W najlepszym wypadku pozostanie nam trochę błahostek, którymi popiszemy się w pogawędce podczas koktajlowego przyjęcia albo wykorzystamy przy rozwiązywaniu krzyżówki, ale to wszystko.

Warto w związku z tym odnotować jako ciekawostkę, że krzyżówki stały się popularną formą rozrywki do kładnie w czasie, kiedy telegraf i fotografia dokonały przekształcenia wiadomości z funkcjonalnej informacji w odosobniony fakt. Ta zbieżność podsuwa myśl, że nowe technologie postawiły na głowie odwieczny problem informacji. Podczas gdy kiedyś ludzie poszukiwali informacji, aby sobie radzić w rzeczywistych kontekstach własnego życia, dziś musieli wynaleźć konteksty, w których skądinąd bezużytecznej informacji można by nadać jakiś pozorny sens. Takim właśnie pseudokontekstem jest krzyżówka; innym - przyjęcie koktajlowe; quizy radiowe lat trzydziestych i czterdziestych oraz współczesne teleturnieje to kolejne przykłady; a krańcowym być może przypadkiem jest w tej kategorii Trivial Pursuit. ( "Prostacka gonitwa" - quiz z wiedzy ogólnej w formie gry planszowej pokazany w 1979 r., później przerobiony na grę wideo - przyp. tłum. ) W taki lub inny sposób każda z tych rozrywkowych produkcji jest odpowiedzią na pytanie: "Co mam począć z tymi wszystkimi oderwanymi od siebie faktami?". I w takiej lub innej formie odpowiedź jest jednakowa. A czemu by ich nie wykorzystać do rozrywki? Do zabawy? Do rozweselenia się podczas jakiejś gry? W The Image Boorstin jeden z wytworów "rewolucji graficznej" nazywa "pseudozdarzeniem", pod którym rozumie on wydarzenie inscenizowane specjalnie po to, aby mogło się stać tematem przekazu - jak na przykład konferencja prasowa. Chcę tu zasugerować, że jednym z istotniejszych elementów dziedzictwa po telegrafie i fotografii może być pseudokontekst. Pseudokontekst jest strukturą wynalezioną w celu nadawania pokawałkowanej i nierelewantnej informacji pozorów użyteczności. Użyteczność, jakiej dostarcza pseudokontekst, nie polega jednak na działaniu, rozstrzyganiu problemów czy powodowaniu zmian. Jest to jedyna użyteczność, jaka pozostała informacji pozbawionej jakichkolwiek prawdziwych związków z naszym życiem. A więc oczywiście - jako materiał do zabawy. Rzec by można, że pseudokontekst jest ostatnią ucieczką kultury przytłoczonej nierelewancją, chaosem i niemocą.

Z całą pewnością fotografia i telegraf nie zburzyły jednym uderzeniem wielkiego gmachu kultury typograficznej. Jak usiłowałem to przedstawić, nawyki związane z opisywaniem miały długą historię i sprawowały ogromną władzę nad umysłami Amerykanów z przełomu wieków (XIX/XX). W istocie pierwsze dekady XX stulecia charakteryzowała wielka erupcja wspaniałego języka i literatury. Na stronach takich magazynów, jak "American Mercury" i "The New Yorker", w powieściach i opowiadaniach Faulknera, Fitzgeralda, Steinbecka i Hemingwaya, a nawet na szpaltach potężnych dzienników - "Herald Tribune" i "Timesa" - proza poruszała do głębi pulsowaniem i intensywnością, które stanowiły ucztę dla ucha i oka. Był to jednak łabędzi śpiew opisu, najznakomitszy i najsłodszy, jako że chwila śmierci śpiewaka była bliska. Świadczył o końcu, a nie o nowym początku Epoki Opisu. Spod konającej melodii dobywała się nowa nuta, a ton nadawały jej fotografia i telegraf. To był ich "język", który zaprzeczał wszelkim powiązaniom, parł do przodu, nie dbając o kontekst, dowodził nierelewancji historii, nie wyjaśniał niczego i ofiarował ekscytację zamiast złożoności i konsekwencji. To z nich wywodził się duet obrazu i doraźności, ich była pieśń o nowym rodzaju społecznego dyskursu w Ameryce.

Wszystkie media, które włączyły się do tej technicznie przetworzonej rozmowy w końcu XIX i na początku XX wieku, szły śladem telegrafu i fotografii, poszerzając ich zakres. Niektóre, na przykład film, już z samej swej istoty wykazywały takie skłonności. Inne, skłaniające się raczej w kierunku wzmacniania racjonalnego języka, na przykład radio, uginały się pod naporem nowej epistemologii i ostatecznie zaczęły ją wspierać. Wszystkie razem, jako zespół elektronicznych technik, powołały do życia nowy świat - świat zabawy w chowanego, w którym to jedno, to drugie wydarzenie pojawia się nagle na chwilę, by następnie znów zniknąć. Jest to świat pozbawiony logiki albo sensu; świat, który o nic nas nie prosi, a w istocie nie pozwala nam robić czegokolwiek; świat, który jest na podobieństwo dziecięcej zabawy w chowanego - światem samym dla siebie. Ale tak jak zabawa w chowanego - jest również nieustannie zabawny.

Bawienie się w chowanego nie jest oczywiście niczym nagannym. Tak jak niczego złego nie ma w rozrywce. Jak to kiedyś ujął pewien psychiatra - wszyscy budujemy zamki na lodzie. Problemy pojawiają się dopiero wtedy, gdy próbujemy w nich zamieszkać. Środki komunikowania się końca XIX i początku XX wieku, z telegrafem i fotografią na czele, powołały do istnienia świat zabawy w chowanego, ale my zamieszkaliśmy w nim dopiero wraz z nadejściem telewizji. Telewizja udzieliła epistemologicznym tendencjom telegrafu i fotografii ich najpotężniejszego środka wyrazu, wynosząc wzajemne oddziaływanie obrazu i doraźności na poziom wyrafinowanej i zatrważającej perfekcji. A także sprowadziła je do naszych domów. Wkroczyliśmy już zdecydowanie w drugie pokolenie dzieci, dla których telewizja jest pierwszym i najdostępniejszym nauczycielem, a dla wielu - ich najbardziej zaufanym towarzyszem i przyjacielem. Mówiąc jaśniej - telewizja jest ośrodkiem dowodzenia nowej epistemologii. Nie istnieje dolna granica wieku, która by była barierą w dostępie do telewizji. Nie istnieje stopień ubóstwa, który by zmusił do jej wyrzeczenia się. Żadne wykształcenie nie osiąga takich wyżyn, aby nie mogło zostać uzupełnione dzięki telewizji. A co najważniejsze, nie ma tematu z dziedziny publicznego zainteresowania - polityki, bieżącej informacji, oświaty, religii, nauki, sportu - który nie utorował sobie drogi do telewizji. Oznacza to, że całe społeczne rozumienie tych tematów jest kształtowane przez nastawienie dominujące w telewizji.

Telewizja jest ośrodkiem dowodzenia także na inne, subtelniejsze sposoby. Na przykład nasze korzystanie z innych mediów jest w dużym stopniu organizowane przez telewizję. Za jej pośrednictwem dowiadujemy się, po jaki system telefoniczny sięgać, jakie obejrzeć filmy, jakie kupować książki, płyty, magazyny, jakich programów radiowych słuchać. Telewizja aranżuje nam nasze środowisko komunikowania się, korzystając ze sposobów, które są poza zasięgiem innych mediów.

Jako drobny, sarkastyczny przykład tego punktu widzenia rozważmy rzecz następującą. W ciągu ostatnich kilku lat uczono nas, że komputer jest technologią przyszłości. Mówiono nam, że nasze dzieci doznają niepowodzeń w szkole i nie będą nadążać za życiem, jeśli pozostaną "komputerowymi analfabetami". Słyszeliśmy też, że nie będziemy mogli prowadzić interesów, sporządzać listy zakupów ani porządnie prowadzić naszych książeczek czekowych, jeśli nie będziemy mieli własnego komputera. Być może zawiera się w tym część prawdy. Najważniejsze jest jednak to, że o samych komputerach i o znaczeniu, jakie one mają dla naszego życia, dowiadujemy się z telewizji. Telewizja osiągnęła status "ponadmedialny" - instrumentu, który nie tylko ma władzę nad naszą wiedzą o świecie, ale także nad sposobami zdobywania tej wiedzy.

Jednocześnie telewizja zdobyła sobie status "mitu" w znaczeniu, jakie nadał mu Roland Barthes. Przez mit rozumie on sposób pojmowania świata, który jest bezproblemowy, którego nie jesteśmy w pełni świadomi i który - jednym słowem - wydaje się naturalny. Mit jest sposobem myślenia tak osadzonym w naszej świadomości, że staje się wręcz niewidzialny. Tak właśnie teraz funkcjonuje telewizja. Przestaliśmy się już ekscytować i zdumiewać zasadami jej działania. Nie opowiadamy sobie historii o jej cudownych dokonaniach. Na instalowanie odbiorników telewizyjnych nie przeznaczamy już specjalnych pomieszczeń. Nie podajemy w wątpliwość rzeczywistości oglądanej na ekranie telewizora, jesteśmy w dużej mierze nieświadomi szczególnego punktu widzenia, w jakim nas telewizja sytuuje. Nawet pytanie o to, w jaki sposób telewizja na nas wpływa, zeszło na plan dalszy. Już samo zadanie takiego pytania może być odebrane przez niektórych jako dziwactwo o pytanie: jak wpływa na nas fakt, że mamy oczy i uszy. Przed dwudziestu laty pytanie: "Czy telewizja kształtuje kulturę, czy jest tylko jej odbiciem?" było przedmiotem poważnego zainteresowania naukowców i społecznych moralistów. Pytanie to wybitnie traciło na aktualności, w miarę jak telewizja stawała się naszą kulturą. Oznacza to między innymi, że z rzadka tylko rozmawiamy o telewizji jako takiej, a jedynie o tym, co w niej oglądamy, to znaczy o jej treściach. Jej ekologia - która obejmuje nie tylko charakterystykę fizyczną i kod znaków umownych telewizji, ale także warunki, w których zazwyczaj ją oglądamy - jest przyjmowana jako coś oczywistego i naturalnego.

Telewizja stała się jakby promieniowaniem tła społecznego i intelektualnego wszechświata, powszechnym, choć niedostrzegalnym osadem po elektronowym wielkim wybuchu XIX stulecia, tak już swojskim i scalonym z amerykańską kulturą, że przestaliśmy słyszeć jej nikłe podskórne syczenie i zauważać mrugającą szarą poświatę telewizyjnego ekranu. To zaś z kolei oznacza, że jej epistemologia pozostaje w dużej mierze niedostrzeżona. A świat zabawy w chowanego, jaki telewizja wokół nas buduje, nie wydaje się już nawet dziwny.

Nic bardziej nie bulwersuje jako skutek elektronicznej i graficznej rewolucji niż to właśnie, że świat przedstawiany nam przez telewizję odbieramy jako prawdziwy, a nie dziwaczny. Ponieważ utrata daru wyczuwania obcości jest oznaką przystosowania, a stopień, w jakim się przystosowaliśmy, jest miernikiem zmiany, jaka się w nas dokonała. Przystosowanie naszej kultury do epistemologii telewizji jest już niemal pełne; tak dalece przyjęliśmy jej definicje prawdy, wiedzy i rzeczywistości, że nierelewancja wydaje się nam przepełniona znaczeniem, a chaos - stanem wybitnie normalnym. I jeśli niektóre nasze instytucje wydają się nie pasować do szablonu naszych czasów, to dlaczego właśnie je, a nie ów szablon, uznajemy za odbiegające od normy i obce?

W drugiej części mojej książki będę zmierzał do tego, aby epistemologia telewizji znów stała się widzialna. Spróbuję wykazać na konkretnym przykładzie, że telewizyjny sposób poznawania świata jest bezwzględnie wrogi w stosunku do sposobu poznawania świata proponowanego przez typografię; że telewizyjne rozmowy propagują chaos i banał; że wyrażenie "poważna telewizja" jest antynomią oraz że telewizja przemawia tylko jednym uporczywym głosem - głosem rozrywki. Poza tym podejmę próbę wykazania, że włączanie się do wielkiej telewizyjnej konwersacji przez kolejne amerykańskie instytucje kulturalne oznacza dla nich przy swajanie sobie języka telewizji. Innymi słowy, telewizja przekształca naszą kulturę w jedną wielką arenę dla show-businessu. Zupełnie możliwe, że ostatecznie popadniemy nad tym w zachwyt i zaczniemy to po prostu lubić. Nadejścia właśnie takich czasów obawiał się przed kilkudziesięciu laty Aldous Huxley.

Przypisy:

  1. H.D. Thoreau, Walden, czyli Życie w Lesie, przeł. H. Cieplińska, PIW, Warszawa 1991, s. 78-79. Powrót
  2. A.F. Harlow, Old Wires and New Waves: The History of the Telegraph, Telephone and Wireless, Appleton Century, Nowy Jork 1936, s. 100. Powrót
  3. D. Czitrom, Media and the American Mind: From Morse to McLuhan, University of North Carolina Press, Chapel Hill 1982, s. 15-16. Powrót
  4. S. Sontag, O fotografii, przeł. S. Magala, WAiF, Warszawa 1986, s. 170. Powrót
  5. B. Newhall, The History of Photography from 1839 to the Present Day, Museum of Modern Art, Nowy Jork 1964, s. 33. Powrót
  6. G. Salomon, Interaction of Media Cognition and Learning, Jossey-Bass, San Francisco 1979, s. 36. Powrót
  7. S. Sontag, op. cit., s. 26. Powrót
  8. Tamże. Powrót

Neil Postman: Zabawić się na śmierć. Dyskurs publiczny w epoce show-businessu; tłum. L.Niedzielski, Warszawa 2002, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA.

Bronisław Baczko: Hiob, mój przyjaciel - Utopie i raj. W górę Neil Postman - Technologia